W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.
Cytowany fragment wiersza zapoznałem jesienią 1980 roku, jeszcze przed Noblem autora. Od razu skojarzył mi się z Florentynowem, niewielką wioseczką w Wielkopolsce, w której było raptem 10 numerów. Dziś może jest jeden więcej albo i nie… Kiedyś nie można było jej zlokalizować na żadnej mapie, choć sam nie mam z tym najmniejszego problemu, gdyż to miejsce jest w mych emocjach i wspomnieniach. To taka latarnia i punkt odniesienia w rejsie po oceanie życia.

Florentynowo to miejsce magiczne, które kojarzy mi się z dziadkiem Romanem - starym amerykańskim żołnierzem z czasów I wojny światowej, babcią Marianną, drobniutką i kruchą istotą, zawsze dbającą o to, by nikt z przybyszów nie był głodny i miał gdzie głowę złożyć oraz z panią Józią, gosposią dziadków, przypominającą Józię z serialu Plebania.
Florentynowo swą nazwę wzięło od imienia mojej prababki Florentyny. Ziemia, na której powstała wieś, znajdowała się wcześniej w całości w rękach rodziny. Czasy były takie, że jeszcze przed wojną ziemia kawałek po kawałku została sprzedana i w ślad za tym powstało tam 10 gospodarstw. Dzięki temu przedwojennemu zabiegowi, udało się uniknąć powojennych skutków tzw. reformy rolnej robionej w oparciu o dekrety PKWN.
Najpierw bywałem u dziadków sporadycznie na kilka dni. Było to na pewno przed 1967 rokiem (elektryfikacja wsi), gdyż pamiętam jeszcze lampy naftowe. Czasami jeździłem tam z mamą, a czasami dziadek sam mnie zabierał do siebie.
Ten mój związek emocjonalny z Florentynowem był tak silny, że w wieku 2 i 3 lat uprawiałem coś, co można określić mianem słynnych ucieczek. Na czym to polegało. To proste. Ze Ślesina, gdzie mieszkałem, było do dziadków 4 km. Pewnego dnia rano po śniadaniu, w towarzystwie rok starszej Wiolety, wyruszyłem w kierunku Florentynowa. Pamiętam, jak dziś, że miałem świadomość, że robię coś nagannego, ale imperatyw dotarcia do dziadków był silniejszy.
Mimo zabezpieczeń płotów w ogrodzie i zamykania furtek, jeszcze kilkadziesiąt razy udawało mi się wydostać, a kilka razy dotrzeć do celu. W trakcie większości ucieczek na Flintowo (nazwa w wersji dzięcięcej) byłem ujęty już w pół drogi przez starszego brata lub ojca.
Do dziś zaglądam tam, mimo że mieszkają inni ludzie. We wdychanym powietrzu wyczuwam wibracje przeszłości, patrząc w dal widzę dziadków i inne osoby.
To miejsce to magia i… mój wehikuł czasu.
(10,970)
POSTSCRIPTUM 2008/04/09
Co było, to było, co może być - jest
A będzie to co będzie
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią [...]
Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść
Nauczmy się je cenić
Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć
Gdy zbliży się nasz count desiere [...]
Skaldowie
Tags: Czesław Miłosz, dziadkowie, elektryfikacja, jagody, lampa naftowa, latarnia, magia, ucieczki, wehikuł czasu, wspomnienia